Marzenie o czymś nieprawdopodobnym ma swoją nazwę. Nazywamy je - nadzieją.
Spojrzeniem jakim obejmował mnie w codzienności, przyprawiał co najwyżej o dwa fikołki nienawiści za dużo. Namiastka zwijającej się spiralki prowokowała do grzechu jakim sposobem można było tę miłość spisać. Usilnie prowokującą żądzy krwi, a jednocześnie tak samo słabą jak jego organizm, który wyniszczał się od tych pieprzonych chwiejnych, trudnych wspomnień. Którego pod wpływem rozżalonych iskierek zazdrości było ponad własne czyny, a wobec, którego było tak ciężko powstrzymać. Powstrzymać nie tylko poprzez urojone łzy, a równocześnie szanse na zmianę, której wielce mogłabym zazdrościć. Nie byłam szczęśliwa - zdążyłam to dostrzec, gdy federalnego dnia mogłam poczuć cholerną nienawiść tej miłości. Czy byłam w stanie się uwolnić? Byłam.
W dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem wolna.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz