Przeciągając się niewinnie na dwuosobowym łóżku dosadnie mogłam poczuć obecność drugiej osoby. Właściwie nie musiałam odwracać się za siebie, by zdać sobie sprawę czyje dłonie pieszczą moje biodro. I czyj dotyk przesadnie mogłam wyczuć przez całą noc. Robert nie spuszczał mnie z pola widzenia od jakiegoś tygodnia. Od momentu, w którym zabrał mnie z pod uczelni. Od chwili wielu nieprzyjemności jak i od sparaliżowanej szybkiej, zaradnej interwencji do momentu, w którym musiałam wszystkich okłamać i przesadnie wyrecytować uczuciowy dialog. " Zostaję na kilka dni u Roberta, śmierć jego wujka bardzo nim wstrząsnęła. Nie martw się o mnie, chcę przy nim być. " Czy byłam z siebie dumna? Ani trochę. Świadomość, która pogrzebała moje sumienie w refleksji tych najbliższych wcale mi nie pomagała. Tłamsiła wszelkie zasady.
Próbując wyswobodzić się z uścisku chłopaka niechcący dotknęłam dłonią jego członka. W zasadzie przez materiał bokserek byłam świadoma, że nawet tego nie poczuje, aczkolwiek jak zwykle mój lęk mnie zdradził, a Robert z wymalowanym uśmiechem na ustach jęknął. Trochę taktu dzieciaku. Westchnęłam sparaliżowana incydentem próbując swej ucieczki po raz drugi. Tym razem udało mi się. Okrywając go kołdrą udałam się do toalety w celu odprężenia się. Na to chyba jeszcze by mi pozwolił, prawda? Na to znów nie umiałam sobie odpowiedzieć. Niby tak banalne i rzeczywiste pytanie wywołało u mnie napad histerii. W końcu Robert nie był tym samym mężczyzną, którego poznałam 4 lata temu. Zmienił się nieodwracalnie. Jego napady zazdrości przeobraziły się w szał przed, którym trudno gdziekolwiek uciec bądź się schować. A kim tak naprawdę jestem ja? Odwiecznie pytanie własnego taktu, a może rozsądku. Choć tak bardzo świadoma grzechów byłam to po mimo brnęłam w ten labirynt agresji niezwłocznie krok po kroku. Zabawne? Być może, aczkolwiek, gdy kogoś obdarzyłaś jakimkolwiek uczuciem trudno jest Ci odejść. Trzymasz się nadziei, że On się zmieni. Wyblaknie krzywda.
- Angelika - zachrypnięty, aczkolwiek donośny głos odbił się od ścianek mych uszu. - Gdzie do cholery jesteś? - znów jest zły. Westchnęłam pod namiarem emocji, wycierając swoje ciało puszystym ręcznikiem. Zdawałam sobie sprawę, co się stanie tuż po wyjściu z łazienki, jednakże było mi wszystko jedno. Przyglądając się swojemu odbiciu w lustrze mogłam dostrzec zupełnie inną dziewczynę. Zagubioną z cholernie popieprzonymi uczuciami. Na mojej dolnej wardze nadal dostrzec można było zaschniętą krew, a na szczęce po lewej stronie niewielkiego siniaka. Wywróciłam niedbale oczami jednocześnie przekręcając zamek w drzwiach. Musiałam nabrać odpowiedniej dawki powietrza, aby tuż po chwili móc zmierzyć się z rzeczywistością. Robert nagle znalazł się tuż obok mnie. Był zdeterminowany chcący przejść mimowolnie do działania, lecz nie zrobił tego. Przyglądał się mi uważnie. Obserwował każdy mój ruch, aż w końcu nie wytrzymałam.
- Na co czekasz? - przeniosłam swój wzrok w jego tęczówki. Znieruchomiał. Jakby nagle chciał wszystko naprawić. Na to chyba już za późno, nie uważasz? - Uderz mnie, śmiało.
- Uderzyć Ciebie? - przełykając głośno ślinę nie mógł raczej nic wypowiedzieć. Sama nie umiałam zdefiniować co tym razem kłębi się w jego głowie. Po prostu czekałam. - Za co miałbym niby to zrobić, kruszynko? - od tak chwycił mnie w swoje ramiona. Byłam zdezorientowana. Co tym razem do cholery? JA . SIĘ . PYTAM . CO . Z . NIM . NIE . TAK. Analizując ostatnie kilka dni nie mogłam niczego pojąć. A może to ze mną jest coś nie tak, huh?
- Przecież za to, że nawet się nie odezwałam - syknęłam - A może nawet za to, że mógłbyś pomyśleć, że uciekłam - odruchowo opuściłam swoje dłonie w dół. Byłam w szoku, który tak cholernie piekł mnie od środku. Nigdy chyba nie zrozumiem tego mężczyzny.
- Przestań księżniczko, lepiej zróbmy śniadanie - musnął swoimi ciepłymi wargami mój policzek, by następnie pociągnąć mnie delikatnie za dłoń w stronę kuchni - Jak za dawnych czasów - wyszeptał. Ah tak, a ja znów sobie coś ubzduram. Wolałam jego prawdziwe oblicze, bo krótko rzecz ujmując zapomniałam o tym czułym i kochającym Robercie. Wspomnienia z tamtym człowiekiem są już przeszłością. Nic nie znaczącą dla teraźniejszości przeszłością.
- Nie jestem głodna - udało mi się wybełkotać, gdy siedziałam na krzesełku przy wyspie kuchennej. Mimo, że mój brzuch mówił co innego ja nie chciałam jeść w towarzystwie chłopaka. Nie chciało mi się udawać jakiejś chorej sielanki. Właściwie nawet tego bym już pewnie nie umiała. Zapomniałam jak to jest naprawdę przy boku takiego faceta jakim jest Robert.
Pewnie zastanawiasz się co tak naprawdę go tak zmieniło, aczkolwiek tez i ponagleń jest wiele. Nie umiem ogólnikowo stwierdzić co taki ktoś jak On mógłby przejść w ostatnim czasie, by móc odreagować swe siły na bliższych. A może był taki od początku tylko zakochana wariatka nawet tego nie przyswoiła. Może siła miłości, którą go obdarzyłam była na tyle wielka, że po prostu zaślepiona jego osobą byłam w stanie znieść wszystko. Nie wiem. To mnie przerosło.
- Musisz zjeść śniadanie - ponownie posłał mi ten swój figlarny uśmiech - W końcu śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia, nieprawdaż? - puścił mi oczko. Boże miałam ochotę zwymiotować. W sumie powinnam cieszyć się, że jest dla mnie miły i nie krzyczy, lecz z drugiej strony czekałam tylko na moment, w którym zrobię coś źle, a wulkan zawrze i wybuchnie. Byłam w końcu przyzwyczajona do tego obrotu akcji, wiec czemu się dziwiłam? Sama robię problem z niczego przecież. - A tak w ogóle na co miałabyś dziś ochotę? Jak chcesz spędzić ten dzień? - znów to zrobił. Znów się uśmiechnął.
- Robert - ah, raz kozia śmierć. - Chciałabym wrócić do domu, do rodziców - powiedziałam to na tyle szybko, aby mieć to za sobą. Przecież widziałam już jak zaciska pięści. Widziałam jak jego oczy ciemnieją, a policzki czerwienieją. Typowa jego reakcja.
- Wiesz, że nie możesz - westchnął. Nie wybuchnie, nie krzyknie? Cóż robisz postępy, kochanie, lecz ja tak łatwo nie dam za wygraną. Muszę wrócić. Muszę wrócić nie tylko do przyjaciół i rodziny. Uniwersytet mnie potrzebuje.
- Przestań pieprzyć - zerwałam się na równe nogi. Idiotko na co się porwałaś. - Muszę wrócić do domu, muszę wrócić na zajęcia - pisnęłam, a chłopak automatycznie obrócił się w moją stronę. Jak wcześniej był zły tak teraz jest wściekły. Nieprzyjemna fala dreszczy otuliła moje ciało. Teraz wiedziałam, że odbędzie się niezły bal.
- Próbowałem być miły od samego rana, ale nie kurwa, Ty zawsze musisz wtrącić swoje humorki. Nie umiesz się powstrzymać, a ja tak bardzo się staram. Nie widzisz tego? - podszedł do mnie na co mimowolnie zrobiłam krok w tył. Nie mogłam ponownie pozwolić na tę szopkę. Musiałam w końcu postawić się komuś takiemu jak On. Nie mogłam tolerować jego zachowania. Nie mogło być wszystko tak jak chciał On. Dość.
- Nie ośmieszaj się chociaż, proszę - wybuchnęłam mu w twarz. To było przezabawne. - Co do jasnej cholery miałyby znaczyć nasze ostatnie miesiące? - przyglądałam się jego twarzy. Milczał, a mój gniew wrastał. - Jak wytłumaczyć mi chcesz te wszystkie krzywdy, albo chociażby nawet moje łzy? No pytam się jak? - odepchnęłam go od siebie. Wszystko co siedziało we mnie przez ostatni tydzień puściło wodze. Nie umiałam się powstrzymać, lecz gdy zdałam sobie sprawę, że zbiłam kolejny wazon ulubiony jego mamy westchnęłam. Jego dłonie oplotły moje drobne ciało. Znów nade mnę górował. Był silniejszy, jednak wypłakując się w jego koszulę uspakajałam się. Właściwie to próbowałam. Próbowałam oddychać rytmicznie i ustabilizować swój puls.
- Przepraszam, kurwa przepraszam - krzyknął uderzając tuż w ścianę przy mojej głowie. Po raz kolejny się przestraszyłam. Mimo, że przed chwilą byłam odważna swoich czynów, teraz ponownie chciałam zwinąć się w kłębek i przeczekać kolejną burze. - Zjebałem, wiem to. - chwycił twarz w swoje dłonie, lecz mi już było to obojętne. Cały syf wyrządzony przez tego człowieka był mi obojętny. - Nie chciałem Cię skrzywdzić, rozumiesz? Nie chciałem - krzyknął na tyle głośno, że pewnie sąsiedzi z kamienicy go usłyszeli. To Ci raczej już nie pomoże. Zwykłe przepraszam niczego tutaj nie naprawi. Nie przywróci mojego zdania na temat tego związku. Wszystko zaszło za daleko. Ale co na to moje serce? Jego widok mówił sam za siebie. Kołyszące się jego ciało na łóżku ponownie mnie ścisnęło. Nie mogłam przejść przy tym obojętnie. W końcu znów mnie zmogło. Jesteś zwykłą cipą, Angelika. Być może, ale to właśnie nazywa się tym pieprzonym uczuciem. Odruchowo przytuliłam się do niego co chłopak odwzajemnił.
" - Kocham Cię - wychrypiał tuż przy moim uchu jednocześnie składając delikatne jak i czułe pocałunki na mej skórze w okolicach barku. Mój czuły punkt. Odruchowo przyjemna partia dreszczy przemknęła po mym ciele. Byłam szczęśliwa. Świadomość, która pochłonęła moje myśli o tym, iż tak cudowny chłopak właśnie wyznał mi miłość zawirowała mną. Byłam tak jakby w siódmym niebie, a do wibracji marzeń nie potrzeba było mi niczego innego.
- Ja Ciebie też, Robert - zacisnęłam usta w cienką linię, aby powstrzymać się od wydobycia z siebie niekontrolowanego dźwięku. - Ja Ciebie też. "
Te wspomnienie krążyło w mych myślach od dłuższego czasu. Właściwie to od bardzo długiego czasu. A może dopiero od momentu, w którym szatyn podniósł na mnie rękę po raz któryś. Sama nie wiedziałam. Przekonana byłam tylko w jednym. - Chciałam, aby te czasy wróciły. Chciałabym, aby dawny Robert wrócił. Brakuje mi go. Nawet bardzo.
Wspomnienie przepełnione miłością było tym ostatnim, które na chwilę obecną mi pozostały. Dodawały mi odwagi bądź co bądź siły.
Odruchowo spojrzałam na chłopaka, który URONIŁ ŁZĘ? Chyba się przywidziałam. Nie . Jednak . Nie. On naprawdę płakał. Byłam oszołomiona, a co najgorsze nie wiedziałam co dalej. Dobrze wiesz co dalej - znów się poddasz. Znów mu wybaczysz. Nie ułatwiasz mi, wiesz?
- Angelika - jego głos był przesiąknięty bólem, a jednocześnie nadzieją. - Czy kiedykolwiek mi wybaczysz? - swój wzrok tym razem przeniósł na mnie. Ogromna gula w gardle ściskała nie tylko moje słowa, lecz również czyny. Pogrywa z Tobą, nie daj się tylko.
Chyba już na to za późno.. Znów zmiękłam.
Gładząc dłonią jego ciało analizowałam w głowie mnóstwo wyrzeczeń. Ranił mnie, aczkolwiek ja go nadal kocham. Kocham do tego stopnia, że znów jestem w stanie puścić wszystko w niepamięć. Twoja naiwność mnie rozbawia. Tym razem znów serce zwyciężyło z rozsądkiem.
- Pewnie za kilka dni będę tego żałować, ale.. - nabrałam odpowiedniej dawki powietrza do płuc próbując złożyć sensownie kilka słów. - Ale tak wybaczę Ci.
Od federalnych przeprosin minęło niecałe dwa dni. Robert stara się, lecz nadal nie pozwolił mi wrócić do rodziców. Ciągle słyszę " jeszcze nie teraz " W tym temacie byłam po prostu bezradna. Musiałam wytrzymać, chociażby miałoby to trwać jeszcze przez kilka następnych tygodni. W końcu wierzyłam w to, że teraz wszystko się zmieni, że jakoś się ułoży, lecz czyżbym znów się pomyliła?
- Angelika przyjdź tu natychmiast - jego głos unosił się w szczelinach sypialni. Nie miałam wyjścia, musiałam udać się do salonu. - Nie raczyłaś mi nawet powiedzieć o tej pieprzonej wizycie Twoich kochanych rodziców? - syknął w moim kierunku.
- Ale kochanie uspokój się. - naprawdę próbowałam go powstrzymać, lecz czy to grzech, że rodzice się martwią i mnie odwiedzili? Nie sądzę. - Przecież to tylko moi rodzice, nic wielkiego.
- Mówiłem Ci coś na temat odwiedzin.
- Tego akurat nie będziesz mi zabraniał. Nie jetem Twoją własnością - splunęłam na co chłopak zareagował. Doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie lubi się jak stawiam, ale do cholery nie będę przecież niczego udawać. On też nie próbował. W mgnieniu oka poczułam pieczenie na policzku. Odruch bólu stłamsił mnie do natychmiastowego złapania się w te miejsce, lecz honor nie pozwolił mi uronić łez. Chociażby nie teraz. Nie przy nim.
- Akurat to czy jesteś czy nie zależy wyłącznie ode mnie, rozumiesz? - złapał mnie za ramię na tyle mocno, by cichy pisk wydobył się z mych ust. Jak wspomniałam wcześniej chłopak miał naprawdę dużo siły w sobie. Byłam przy nim zwykłym słabeuszem. - Nie życzę sobie ich wizyty u siebie w domu.
- W takim razie ja odchodzę. - wyrwałam się z jego uścisku, lecz tym razem jego plany były zupełnie inne. A być może nawet takie same co i zawsze. Nie reagował nawet na to, że jestem kobietą, a nie jego kolegą bądź co gorsza jakimś tanim wrogiem. Byłam jak zwał tak zwał kiedyś jego kobietą. Nie reagował na mój krzyk, na moje jęki. Nie obchodziło go nawet to, że swoim napadem mógłby zrobić porządną krzywdę. Bił na oślep. Po prostu wszędzie.
- Teraz wyjdę, ale gdy wrócę mam nadzieję, że rozum Ci wróci. - głupia dziewucho, nigdy mnie nie słuchałaś. Więc pewnie teraz jeszcze to była moja wina, że cierpię i to na dodatek z oddanej miłości.
I tak mijały minuty. Minuta za minutą, a jego nadal nie było. Chociaż możesz odpocząć. Zregenerować siły. To bez sensu.
Siedząc w salonie przed telewizorem zupełnie odcięłam się od rzeczywistości. Nadal byłam w świecie, w którym jako jedyna mogę mieć wgląd. W świecie, w którym nikt nie mógł pokrzyżować mi planów, a co najlepsze nikt nie mógł mnie skrzywdzić. To odpowiadało mi najbardziej, lecz jak na złość usłyszałam dzwonek do drzwi. Przecież nie możesz przyjmować gości. Może to coś ważnego.
Miałam rację.
Bez żadnych wyjaśnień do mieszkania wbiegła matka Roberta. Sama nie mogłam pojąć co kobieta tym razem tutaj chciała z racji, że było już naprawdę późno. Nie przyszła przecież o godzinie 23.00 na herbatę i pogawędkę. Nie tym razem. Ona wręcz była roztrzęsiona, a na dodatek nawet na mnie nie spojrzała. Była zajęta przeszukiwaniem szafek w całym domu niż skoncentrowania się nawet na jakimś przywitaniu.
- Przepraszam czy coś się stało? - automatycznie i jak na zawołanie odwróciła się do mnie. No w końcu. Jednakże nie odpowiedziała mi. Wróciła do poprzedniej czynności, a we mnie wręcz się zagotowało. Nie lubiłam niedomówień, a już na pewno nie z osobą, która nawet nie interesowała się swym synem. - Może pomóc pani w poszukiwaniach? - obstawiałam, że to jej potrzebne, a nie chciałam dawać za wygraną.
- Potrzebuję wszystkich dokumentów Roberta i jego badań w sprawie potencjalnego dawcy. - czy przypadkiem się nie przesłyszałam? Jaki dawca? I kurde jaki dawca? Nie mogłam tego zrozumieć, leczy gdy próbowałam otworzyć usta, by cokolwiek się dopytać kobieta mnie uprzedziła. Wyjmując plik dokumentów rzuciła mi je na stół.
____________________________ ♦♦♦ _________________________
Tak więc pierwszy rozdział mamy za sobą. Nie jestem w stanie ocenić swojego talentu amatorskiego, aczkolwiek tkwię w cichej nadziei, że ten wątek naprawdę przypadnie Wam do gustu. Chciałabym, aby fabuła rozgrywająca się w tym opowiadaniu zainspirowała kogokolwiek do tego stopnia, aby trwać w niej do ostatniego tchu. Do ostatnich minut.
Co mogę powiedzieć o sobie? No cóż.. Tej kwestii nie lubię najbardziej, aczkolwiek jeśli macie do mnie jakiekolwiek pytania zapraszam TUTAJ ! .
W moim opowiadaniu spodziewać się możecie wielu rozegrań akcji. Obiecuję Was nie zanudzić, a co najważniejsze dodawać rozdziały systematycznie. Teraz święta, więc będę mieć dużo czasu, aby skupić się na rozdziałach. + dodatkowo mam wolny cały styczeń, a więc to kolejny plus.
Z drugiej jednak strony "
Życzę spokojnych i udanych świat. A przede wszystkim zdrowych ! <3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz