Przeglądając się w lustrze swojemu odbiciu ponownie mogłam to dostrzec. Ból. Nienawiść. Cierpienie. Odzwierciedlenie moich uczuć nie było wszystkim co w danej chwili mogłam przeanalizować. Angażowałam się w każdą własną refleksję. W każdy problem, aczkolwiek nadal nic. Nie potrafiłam cofnąć czasu. Nie potrafiłam przywrócić mu życia. Cholera.
Świadomość, że właśnie muszę już wychodzić dobijała mnie, aczkolwiek musiałam powstrzymać kolejny atak histerii. Bardziej cierpiałam na tym, że to pogrzeb mojej miłości. Nie żartuj sobie. Ah.. Jaki był taki był, jednakże ja naprawdę go kochałam. Kochałam do tego stopnia, iż właśnie teraz bym wolała być przez niego upokorzona niż już nigdy nie mogła go zobaczyć, a nawet poczuć.
Przekręcałam kopertę w dłoniach przez kilka minut. Nie byłam pewna, że chcę wiedzieć co się w niej znajduję. Nie należałam to osób ciekawskim, aczkolwiek może bałam się, że odnajdę tam coś sprzecznego z moimi perspektywami. Sama nie wiedziałam, lecz nie miałam wyjścia. Mama Roberta wręcz świdrowała mnie wzrokiem. Nie mogłam nadal tkwić w niepewności. Nie mogłam być ciągle krucha.
Nabierając powietrza do płuc otworzyłam ją. Kilka zapisków, parę badań. Szczegółowych badań i niechlujne pismo. Pismo Roberta oraz jego podpis. Mój oddech przyśpieszył. Czułam jakby świat się zatrzymał, aczkolwiek nie zdawałam sobie sprawy czym jest ta gra. Kim jestem w niej ja.
Przeglądałam kolejne kartki. Kolejne wyniki i zarys niewiadomej. Tym razem potrzebowałam więcej. Emocje były na tyle silne, iż odebrały mi zdrowy rozsądek.
- Co to do jasnej cholery ma znaczyć? - przełykałam nerwowo ślinę przyglądając się starszej brunetce. Milczała. Ciągle miała ten sam wyraz twarzy. Nie umiałam jej wyczuć. Była zagadką, jednakże próbując wszystkich sposobów dzwonek do drzwi się rozhulał. Najpierw moi rodzice, a następnie pojawiła się Margarett. Coraz bardziej było to dla mnie znikome.
- Angel, tak mi przykro - błyskawicznie przytuliła się do mnie przyjaciółka. Byłam zdezorientowana. Czy tym razem znów wszystko dzieje się za moimi plecami? Najwidoczniej.
- Musisz być silna, Robert by na pewno tego chciał - i jak przez mgłę mogłam wyczuć współczucie. Tym razem układanka się rozprysła. Nie była potrzebna. Dochodziło do mnie, lecz nieświadomie. Nie chciałam tego, nie mogłam. Pierwsza łza spłynęła po moim policzku, a tuż za nią następna.
- Gdzie On jest? - krzyknęłam kierując się w stronę wyjścia. Mój ojciec zareagował natychmiast. Jakby zdawał sobie sprawę co zaraz się wydarzy. Miał rację. Wpadłam w szał, a obraz zamazywały mi łzy cierpienia.
- Miał wypadek - jego matka w końcu przemówiła. Była oziębła - zresztą jak zawsze. Wspominałam w końcu, że Robert wcale jej nie obchodził. - Zginął na miejscu. - byłam jeszcze bardziej rozżalona. Ona mówiła o tym z takim spokojem. On był jej taki obojętny, a on tak bardzo jej potrzebował. Ale nie. To ja. Osoba, która najwięcej przez niego wycierpiała byłam przy nim. Nikt inny. Tylko ja. Najgorsze jest to, że odszedł w świadomości, że mnie zranił. Odszedł w kłótni.
Minęło zaledwie dwa dni, a ja czuję jakby minęła wieczność. Tęsknie za nim. Cholernie tęsknie i choć powinnam nie dopuścić do tego to ja nie zrobiłam nic. Wypchnęłam go w sidła śmierci. Byłam taka beznadziejna. Mogłam przemilczeć. Mogłam, kurwa. Mogłam wszystko. Dziś jest za późno. Dziś jest pogrzeb, w którym nawet nie mam sił uczestniczyć. Zdarzenia minionej nocy mnie przerosły. Nie umiałam poskładać nawet swoich myśli, bo odpowiedzialna za wszystko we mnie cząstka umarła.
Najgorsze w tym wszystkim było to, iż serce mojego lubego właśnie przeszczepili obcemu mężczyźnie, który być może nawet na to nie zasłużył. Angelika, co Ty teraz pieprzysz? Sama nie wiem. Część mnie nie umie sobie poradzić, natomiast ta druga wręcz doznaje bożego błogosławieństwa. To chore. Zdaje sobie sprawę, aczkolwiek czuję jakby cały ciężar spadł ze mnie. Jakbyś się uwolniła? Powiedzmy, aczkolwiek to nie zmienia faktu, że cholernie mi go brakuje. Owszem był najgorszą świnią, jednak pamiętam też początki tego wszystkiego. Był wręcz idealny. Nie mogę skreślić go poprzez kilka krwawych zdarzeń. Miał również wiele zalet. Niby jakich? Ciężką dłoń? To Twoim zdaniem zaleta? Jeju, idź już sobie. Wyjdź z mojej głowy w końcu.
Wysiadając z samochodu automatycznie zerknęłam w niebo. Było czyste, żadnej skazy, żadnej chmury. Przejrzyste jak z księgi, z której można wiele wyczytać.
- Jesteś w końcu - dopadła mnie przy bramie kościoła Margarett. Byłam jej wdzięczna, że zechciała być teraz przy mnie i nie pojechała z rodzicami na wymarzone wczasy. Była najlepszą przyjaciółką, której sama sobie zazdrościłam.
- Chce, aby było już po wszystkich - westchnęłam. - Albo nie. Chcę, aby On tutaj był - po raz kolejny łzy polały się po moim policzku. Jestem słaba. Wiem, cholera, wiem, ale to dla mnie za wiele. Kilka dni temu jeszcze jakoś to wyglądało nawet potrafiliśmy dojść do porozumienia, a dziś zmuszona jestem pochować jego ciało.
- Pamiętaj, że On nadal jest z Tobą. - ułożyła tym razem dłoń na mojej piersi - Jest tutaj. W Twoim sercu i dokąd będziesz go chciała tam trzymać, nie odejdzie. - starała się. Doceniałam to, ale tylko ja wiedziałam jak może być ciężko.
- Wiesz co jest najgorsze? - otarłam swoje łzy - Że rozstaliśmy się w kłótni. Że nawet nie zdążyłam mu wybaczyć, że nie powiedziałam jak bardzo go kocham.
- Jestem pewna, że On to wie - przytuliła mnie jednocześnie prowadząc do kapliczki. Było sporo ludzi, większość jego znajomych, z którymi albo miałam styczność raz, albo w ogóle bądź też Ci, którym powierzyć mógł wiele. Przyszli nawet moi znajomi z uczelni. To miłe.
- Chciałbym, abyś poznała moją mamę - z salonu wyłoniła się niewysoka brunetka o błękitnych oczach. Nerwowo przełknęłam ślinę, gdyż to właśnie pierwsze spotkanie z osobą tak ważną dla mojego chłopaka. Stresowałam się. - Mamo to jest Angel, mój anioł - ucałował mą skroń.
- Dzień dobry pani, jestem Angelika - roześmiałam się melodyjnie, ze słów Roberta. Krótko rzecz ujmując nie przypadłam kobiecie do gustu. Tak jak wtedy ominęła mnie szerokim łukiem tak robiła do dziś.
- Nie przejmuj się nią, przekona się do Ciebie - próbował mnie pocieszyć, gdy dostrzegł kręcące się już łzy w kącikach mych oczu. Kłamał. Jego matka nigdy mnie nie polubi, a nawet kończąc ten scenariusz spisać mogłam na koniec, że nigdy mnie nie lubiła.
Spisać też mogłam, iż nawet nie interesowała się swoim synem. Nie przyszła nawet na jego pogrzeb. Od momentu, w którym mnie ją przedstawił po raz kolejny widziałam ją dopiero wtedy w jego domu, gdy przyszła w poszukiwaniu papierów. Nie chłapałyśmy się na swoje towarzystwo. Właściwie to ona nie akceptowała tego, że jestem z Robertem. Wolała dla niego zupełnie kogoś innego. Dziewczynę, która mieszkała niedaleko niej, a która wiele razy zdążyła jej pomóc. W zasadzie nigdy się tym nie interesowałam. Robert zapewniał, że nie jest w niczym lepsza ode mnie, a ja mu wierzyłam. Ufałam mu, nawet nigdy nie był w stanie mnie zdradzić. Wiem, że pomimo wszystko darzył mnie uczuciem. Na swój sposób jakimś na pewno.
- Kochanie, wracamy - moja matka posłała mi ciepły uśmiech, lecz ja jak zwykle nie wysiliłam się na nic poważnego. Byłam zdolna wyłącznie na jakimś grymas.
- Wrócę autobusem, chcę jeszcze raz iść na jego grób - nabrałam powietrza do płuc mając nadzieję, że tak po prostu mnie zostawi. Udało się. Zostałam sama. Mogłam w spokoju udać się na cmentarz. Spokój był moim wybawieniem.
- Nienawidzę Cię wiesz? - usiadłam na ławce tuż przed pomnikiem. - Nienawidzę Cię nie dlatego, że doznałam przy Tobie cierpienia, ale dlatego, że mnie zostawiłeś. Że wsiadłeś na ten cholery motor. Nienawidzę też się za to, że pozwoliłam Ci wtedy wyjść. Mogłam Cię zatrzymać, mogłam się nie odzywać. Gdyby nie ja pewnie teraz siedziałabym razem z Tobą w Twoim salonie. To moja wina wiem. - słysząc łamanie patyka odruchowo odwróciłam się za siebie. Niestety, ale nikogo nie dostrzegłam. Pewnie mam przywidzenia. Ponownie wróciłam do obserwowania zdjęcia na jego tablicy. " Robert Tranis ( 1991 - 2015 ) . "
- To nie Twoja wina - poczułam dłoń na swoim ramieniu, a gdy tylko się obejrzałam zdrętwiałam. Matka Roberta? Przełknęłam ślinę nie mogąc pojąc co tak naprawę ona tutaj robi. Może przyszła na grób syna? Już się zamknij. - Widocznie tak musiało być.
- Nie prawda. Gdyby nie ta kłótnia Robert by żył. - westchnęłam - gdyby nie moja cięta gadka, On były by tutaj z nami. - po raz kolejny pierwsze takty łez wypłynęły z mych oczu. Ciężar, który próbowałam wziąć na siebie, przewracał mnie.
- Nie możesz tak mówić, Robert na pewno nie chciałby, abyś się obwiniała - zapaliła znicz. - W zasadzie po części też to moja wina. - z zaciekawieniem wpatrywałam się w kobietę. Pewnie jeszcze kilka dni temu nawet by się do mnie nie odezwała, a co dopiero spokojnie rozmawiać.
- Nie do końca wiem co ma pani na myśli - oblizałam spierzchnięte od zimna wargi, aby następnie móc wsłuchać się w jej słowa.
- To przeze mnie Robert zmienił swoje zachowanie. Nigdy nie potrafiłam być dla niego dobrą matką. Jak w ogóle mogę się nią nazwać. - widać, że było jej ciężko, lecz kontynuowała - To przez brak uczuć i obojętność stał się taki porywczy. Nie było dnia gdyby nie dostrzegł agresji w naszym domu. Mężczyzna, który często przebywał w moim domu był największą pomyłką. Robert wiele przeżył w swym życiu. Wiele krzywd wycierpiał. I to tylko z mojego powodu. Gdy owy mężczyzna wyrzucił go z domu nie umiałam się temu przeciwstawić. Byłam zaślepiona, a on musiał sobie w tym życiu poradzić sam. Zmienił się, a ja nie widziałam w tym nic złego. Zdawałam sobie sprawę jak traktował kobiety, a gdy pojawiłaś się Ty - w tym momencie urwała i spojrzała na mnie - Nie chciałam, abyś wkroczyła w ten jego świat. Byłaś taka delikatna, nie chciałam, żeby spotkało Cię to co mnie. Myślałam, że gdy będę tego przeciwna On zrezygnuje, lecz Ty starałaś się coś zmienić. Udało Ci się to i jestem Ci naprawdę wdzięczna. Nigdy mój syn nie był tak opanowany, lecz jak zawsze coś przeminie. W nim też coś pękło. Po kilku latach przy wymianie bolesnych słów. które go ujęły powrócił ten sam, stary Robert. Zbędne były jakieś pouczenia.
- Ale pani wcale go nie odwiedzała, nie interesowała się nim.
- Tak tylko myślisz. Zrozumiałam wiele i gdy zostawiłam faceta, który zmieniał moje życie w piekło starałam się, aby mój syn wrócił. Robiłam wszystko, lecz jego bariera była zbyt silna i wysoka dla mnie. Nie dałam rady, aż w końcu dowiedziałam się o tym wypadku. Próbowałam być silna, nawet przy Tobie, lecz jak widać nie udało mi się. - i wtedy zaczęła płakać. Cholernie głupio mi się zrobiło, że byłam nawet w stanie ją zrozumieć. Próbowałam sobie nawet to przyswoić, lecz coraz bardziej było mi słabo. Jak Robert mógł przede mną wszystko to ukryć. Przecież byliśmy razem. Przecież ufaliśmy sobie. Bo chyba tak było.
- Dziękuje pani za tę rozmowę i za zaufanie - podnosząc się z ławki chciałam udać się do domu, aby kobieta mogła spokojnie przemyśleć wszystko sama, lecz zatrzymała mnie.
- Trzymaj się i życzę Ci jak najlepiej w życiu. Nie zamartwiaj się tylko, że to Twoja wina, bądź szczęśliwa - przytuliła mnie. Tak po prostu objęła mnie swymi ramionami, a ja na tyle zdezorientowana byłam, że odwzajemniłam ten uścisk. Jej słowa na pewno zapadną w mej pamięci na dłużej, aczkolwiek byłam ciekawa jeszcze jeden prostej rzeczy.
- Wie pani może kto - zastygłam. Tak trudno było mi o tym mówić - Komu przeszczepili serce mojego najwspanialszego mężczyzny? - oblizałam usta.
- Niestety nie - westchnęła - nie mogą udzielać takich informacji. - z tą niewiadomą niestety już zostawiłam ją. Sama musiałam wszystko idealnie poukładać. W końcu mi się to należało.
Do domu wracać jeszcze nie chciałam. Wolałam ominąć wyjaśnienia i zbędne pytania. Wolałam brnąć jak najdalej od standardowego pytania " jak się trzymasz? " Tak mogłoby mnie to wykańczać, iż nawet nie chciałabym sobie wyobrażać. Nie chcę tych pocieszeń, współczuć i troski. Nie tego teraz potrzebuję. Potrzebuję Roberta. Czemu wsiadłeś na ten cholerny motor? Załkałam zirytowana własnym postępowaniem, lecz co bym zrobiła gdybym spotkała chłopaka, który otrzymał nowe życie w postaci serca niewinnego chłopaka? Pewnie przeszłabym przy nim obojętnie. A może nie? Nie umiałam tego sprecyzować. Może nawet nie chciałam.
Przechodząc przez ruchliwa ulicę byłam na tyle lekkomyślna, iż nawet się nie obejrzałam czy nic nie nadjeżdża. I tak bardzo się pomyliłam. Tuż z mojej prawej strony jechał z nielichą prędkością samochód, który nawet nie zdążyłby zareagować. Nagle jakby mnie sparaliżowało. Nie umiałam krzyknąć, a co najważniejsze ruszyć się z tego miejsca. To były ułamki sekund jak chłopak zza kierownicy odbił swoją kierownicą w bok. Skończyło się tylko zarysowanym bokiem auta oraz ból w okolicach mojej kostki. Oddychałam nierównomiernie, a facet, który wysiadł z auta automatycznie mnie zbluzgał. Typowy prostak. Który ma rację.
- Jesteś na tyle głupia, by wpadać na tak ruchliwa ulicę? - syknął w moim kierunku. Dopiero teraz dostrzegłam, że wcale nie był starszym mężczyzną. Był mniej więcej w moim wieku, a na dodatek mignęło mi przed oczami, iż gdzieś wcześniej już mogłam go widzieć. Westchnęłam, lecz nie oderwałam wzroku od jego sylwetki. Robiłam to pewnie zbyt natarczywie, lecz moje myśli były ciekaw gdzie mogłam go już wcześniej spotkać. - Pokryjesz naprawę.
- Wydaje mi się, że szłam na pasach, a na dodatek miałam zielone światło - skłamałam, gdyż nawet nie wiedziałam jakie owe światło było, a sądząc po zdarzeniu powinnam poczekać. Po prostu miałam zbyt wiele na głowie, aby jeszcze wdawać się w awanturę z jakimś szczeniakiem. Próbując ruszyć w kierunku pobocza moja kostka zarwała. Ból był niemiłosierny.
- A mi się wydaje, że skręciłaś kostkę - nabrałam powietrza do płuc mając nadzieję, że to wcale nie prawda. Ponownie próbowałam ustać na nogę, lecz ponownie mnie przechytrzyła i gdyby nie reakcja natychmiastowa chłopaka upadłabym jak długa. Wszystko się pieprzy.
- Nie Twój interes, zostaw mi swój numer, skontaktuję się w sprawie Twojego auta i kosztów - westchnęłam, nabierając tyle siły ile potrafiłam, aby zmusić się na odejście stamtąd.
- Na razie może się tym nie martwy, chodź podwiozę Cię - zgodzić się czy nie? Sama nie znałam odpowiedzi na te pytanie, lecz patrząc na to z perspektywy mej kostki odpowiedz była jasna. Nie przeszłabym nawet kilka kroków. Musiałam się zgodzić.
- Nie myśl sobie, że tym odpokutujesz swoją winę - zdezorientowany przyglądał mi się na co przewróciłam oczami - o prawie potrąceniu niewinnej dziewczyny.
- Czy oby na pewno taka niewinna? - oblizał skrupulatnie swoje wargi. Prychnęłam, lecz nie zdołałam odpowiedzieć na tak żałosne pytanie. - Nie mam niczego złego na myśli. - jasne.
- Dzięki, to już tutaj - otworzyłam drzwi od jego auta dotykając zdrową nogą chodnika. Musiałam się jakoś z tego wygramolić - Wpis mi swój numer - rzuciłam mu swój telefon.
- Już chciałabyś się ze mną umówić? - uniósł jedną brew ku górze, a mnie nawet to rozśmieszyło, lecz udałam obojętną. Po prostu przyglądałam się jakby własnie przede mną siedział największy kretyn. Odzyskując swój telefon po raz ostatni na niego spojrzałam.
- Nie wyobrażaj sobie za wiele - fuknęłam - Jeszcze dziś ktoś się z Tobą skontaktuje, aby naprawić Twój wóz - rozejrzała się po wnętrzu - a może nawet go wymienić.
- Nie przesadzaj, kocham go - roześmiał się, a ja tylko przytaknęłam głową. Faceci. - Nie musisz niczego pokrywać, sam to zrobię. - dostrzegłam na jego twarzy zarys uśmiechu, ale nie to było najgorsze. Nie umiałam dojść do domu. Odmówiono mi posłuszeństwa. Kurde.
- Pomóc Ci? - znów przemawia przez Ciebie sumienie? Kiwnęłam przecząco głową dając jasno do zrozumienia, że poradzę sobie sama. W końcu to nic trudnego. Próbując podnieść się z fotel zastygłam. Całe moje ciało wypełnił wulkan bólu i ciepła. - Pomogę Ci - ni stąd ni zowąd znalazł się tuż obok mnie, aby wynieść mnie na rękach do mojego mieszkania. Możesz być mu wdzięczna. Wpisując kod, brama się otworzyła, a chłopak mógł spokojnie zanieść do drzwi, w których niestety stała już moja mama.
- Dziecko najdroższe, co się stało? - spanikowana próbowała przechwycić mnie od obcego mężczyzny. - Powinniśmy jechać na szpital. - jak zwykle przewrażliwiona.
- Przestań, nic mi nie jest - posłałam jej blady uśmiech, aby ustąpiła. - Po prostu nie rozejrzałam się przechodząc przez jezdnię.. - widząc jej wyraz twarzy natychmiast dodałam - Ale nic mi nie jest. Pomógł mi.. - wskazałam ręką na.. No właśnie kim był ten chłopak?
- Michał - uśmiechnął się.
- Właśnie Michał pomógł mi dotrzeć do domu spokojnie - odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu odpuściła, choć może nie do końca.
- Angel, a może w ramach rekompensaty zaprosisz kolegę do środka? - spanikowana spojrzałam na niego, nie chcąc wcale go tutaj gościć. Chyba to dostrzegł.
- Z miłą chęcią, aczkolwiek mam kilka spraw na mieście do załatwienia - wypuściłam powietrze z ust - Ale mogę zaoferować się pomoc w dostarczeniu Cię do pokoju - w sumie nic nie stracę na tym. Skinęłam głową na znak zgody i ściskając go mocniej za szyję pozwoliłam, aby wprowadził mnie w mój świat. Jednak się przydał.
- Jesteś Angel? - zaśmiał się perfidnie - Aniele mój powiedz, czy możesz schować mnie w ramionach? - ponownie to zrobił. Znów się zaśmiał, a ja mimowolnie uderzyłam go w ramię.
- Mam na imię Angelika - syknęłam zirytowana. Najwidoczniej nie byłam fanką jego towarzystwa. - A Ty powinieneś już pójść - spiorunowałam jego sylwetkę wzrokiem, wskazując na drzwi od mojego pokoju. Jesteś niemiła. Być może, aczkolwiek do niczego nie zobowiązana.
- Owszem, masz rację - zawstydzony opuścił mój pokój. Bezbronne maleństwo. Odruchowo spojrzałam przez okno gdzie stał jego samochód. A może byłaś wredna? W końcu Ci pomógł. Czasu nie cofnę. Ale zawsze możesz coś naprawić. Ale nawet nie chce. Zresztą nieważne.
- Skąd znasz Michała? - do pokoju wparował mój starszy brat. Automatycznie westchnęłam. Mamo masz za długi jęzor. - Co robił u nas w domu?
- A to tego mama już Ci nie powiedziała? - zaśmiałam się gorzko na samą myśl, iż teraz będzie wspominać o tym zdarzeniu.
- Nie rozmawiałem nawet z mamą jeszcze - spojrzałam na niego wyczekując jakiejś puenty - Po prostu go znam i tyle. - wzruszył ramionami, a mnie jakby olśniło skąd go znam. Może bywał już u nas. Ale nie. Mama by go poznała. Całkowicie zgłupiałam, a nie powinnam się nad tym trudzić. A może widziałam ich gdzieś na mieście. - Powiesz mi co tutaj robił? - odnosił się tak jakby nie był z tego zadowolony.
- Po prostu mi pomógł - przewróciłam oczami, a Max' owi widocznie wcale się to nie spodobało, a może po prostu wiele mu ta odpowiedź nie dała. Zmusiłam się do opowiedzenia tego wszystkiego jeszcze raz. Co chwila kręcił głową i próbował nie wybuchnąć, lecz ja nawet nie wiedziałam co w tym wszystkim krąży złego. Właściwie było mi to obojętne.
- Trzymaj się od niego z daleka - podsumował na koniec naszej rozmowy i wyszedł. Nie martw się, nawet nie zamierzałam być z nim blisko.
W pokoju przesiedziałam do samego wieczora. Nie odwiedził mnie już nikt. I to nawet lepiej. Miałam chwilę spokoju. Mogłam odpocząć i przez chwilę pomyśleć. A nawet powspominać. Przywołać sytuacje z przed kilku miesięcy, a nawet lat, gdy jeszcze byłam najszczęśliwszą kobietą na tej ziemi. Przeszłość się tak nagle zakleszczyła w mym umyśle. Zdjęcia poszły w ruch jak i wszelkie podarunki od Roberta. Oglądałam dosadnie wszystko. Czytałam nawet listy, które sobie pisaliśmy, gdy byłam na wymianie zagranicznej. Był słodki. Był najlepszy.
Następnego ranka przy śniadaniu wiedziałam jaką kwestie powinnam poruszyć. Naprawa samochodu. Być może nie chciał tego, aczkolwiek w gruncie rzeczy było to z mojej winy. Miałam jakieś tam zasady. Wyjmując komórkę na stół, zapisałam tacie numer jego telefonu.
- Tatko - zaczęłam, choć nie wiedziałam jak to się skończy. A jak ma się skończyć to dla ukochanej córeczki tatusia? - Po wczorajszym wydarzeniu z tym chłopakiem obiecałam, że naprawię jego auto. W końcu to moja wina.
- Tak, matka mi coś tam wspominała, aczkolwiek uważam, że nie była to Twoja wina - posłał mi swój szczery uśmiech - Nie zmienia to faktu, że Ci nie pomogę. Jeszcze dziś chłopacy z salonu to zrobią. Nie martw się - i pocałował mnie w głowę. No tak. Choć miałam już te 21 lat to rodzice nadal byli nadopiekuńczy. Nie potrafiłam tego zmienić.
- A jak Ty się czujesz? - przejęła rozmowę gospodyni domu. W zasadzie opuchlizna z kostki zeszła. Lód nadał się.
- Czasami jeszcze złapie mnie lekki ból, ale jest do zniesienia - uśmiechnęłam się na zachętę. Nie chciałam, aby zaśmiecała sobie tym głowę. Jeszcze na dzisiejszej zmianie nie jeden jeszcze gorszy problem się z nią spotka. Anestezjolog wcale nie ma tak łatwo.
- Gdybyś czegoś potrzebowała natychmiast dzwoń - uśmiechnęła się w moim kierunku zakładając swój płaszcz. Odwzajemniłam jej gest, kiwając głową, iż zrozumiałam. W zasadzie wcale nawet nie będzie mi potrzebna. Poradzę sobie. Przecież nie straciłam nogi. To tylko zwichnięta kostka. Jej przewrażliwienie czasami mnie przeraża, aczkolwiek odetchnąć mogłam, gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Natłok pytań na razie mogłam zepchnąć na niższy tor, a troskę wyprosić za drzwi. Biorąc butelkę wody z szafki ruszyłam prosto do swojego pokoju. Na najbliższy czas chciałam się tam po prostu ukryć. To odpowiedni czas. Odpowiednie miejsce.
W sumie nawet nie na długo. Odnaleźli mnie.
Z zastrzykiem energii mój telefon się rozdzwonił. "Tata" Wywróciłam teatralnie swoimi tęczówkami i chcąc nie chcąc musiałam odebrać.
- Córcia zaraz pojawi się u nas w domu mój pracownik, który odbierze auto tego młodzieńca. - czułam, że miał wielką satysfakcję, że mógł mi pomóc. - On również został poinformowany, żeby za moment się tam zjawić. - i się rozłączył. Dzięki tatko na jakiekolwiek osobistości.
A jak na sam dźwięk zerwanego połączenia mogłam usłyszeć dzwonek do drzwi. Michał. Nabrałam ogrom powietrza do płuc, aby móc kontynuować cokolwiek z jakiejkolwiek rozmowy. Nie mogłam ponownie być wredna. Mogłam. Nie musiałam się tym nawet przejmować.
- Musisz chwile - przerwałam, gdy w drzwiach ujrzałam dwóch funkcjonariuszy " zaczekać " przełknęłam nerwowo ślinę mają nadzieję, iż to jakaś pomyłka.
- Pani Angelika Ditiuk? - jeden z nich prześwidrował mnie wzrokiem. Byli w średnim wieku, lecz wiem, iż ucieczka byłaby znikoma. W zasadzie niczego nie zrobiłaś.
- Tak, zgadza się - oddychałam nierównomiernie - W czym mogę pomóc?
- Pójdzie pani z nami. - i jak na same słowa dreszcz nieprzyjemnych fal przemknął po mym ciele. Byłam zdana wyłącznie na siebie. Nawet nie mogłam poinformować rodziców.
- Nie do końca wiem co ma pani na myśli - oblizałam spierzchnięte od zimna wargi, aby następnie móc wsłuchać się w jej słowa.
- To przeze mnie Robert zmienił swoje zachowanie. Nigdy nie potrafiłam być dla niego dobrą matką. Jak w ogóle mogę się nią nazwać. - widać, że było jej ciężko, lecz kontynuowała - To przez brak uczuć i obojętność stał się taki porywczy. Nie było dnia gdyby nie dostrzegł agresji w naszym domu. Mężczyzna, który często przebywał w moim domu był największą pomyłką. Robert wiele przeżył w swym życiu. Wiele krzywd wycierpiał. I to tylko z mojego powodu. Gdy owy mężczyzna wyrzucił go z domu nie umiałam się temu przeciwstawić. Byłam zaślepiona, a on musiał sobie w tym życiu poradzić sam. Zmienił się, a ja nie widziałam w tym nic złego. Zdawałam sobie sprawę jak traktował kobiety, a gdy pojawiłaś się Ty - w tym momencie urwała i spojrzała na mnie - Nie chciałam, abyś wkroczyła w ten jego świat. Byłaś taka delikatna, nie chciałam, żeby spotkało Cię to co mnie. Myślałam, że gdy będę tego przeciwna On zrezygnuje, lecz Ty starałaś się coś zmienić. Udało Ci się to i jestem Ci naprawdę wdzięczna. Nigdy mój syn nie był tak opanowany, lecz jak zawsze coś przeminie. W nim też coś pękło. Po kilku latach przy wymianie bolesnych słów. które go ujęły powrócił ten sam, stary Robert. Zbędne były jakieś pouczenia.
- Ale pani wcale go nie odwiedzała, nie interesowała się nim.
- Tak tylko myślisz. Zrozumiałam wiele i gdy zostawiłam faceta, który zmieniał moje życie w piekło starałam się, aby mój syn wrócił. Robiłam wszystko, lecz jego bariera była zbyt silna i wysoka dla mnie. Nie dałam rady, aż w końcu dowiedziałam się o tym wypadku. Próbowałam być silna, nawet przy Tobie, lecz jak widać nie udało mi się. - i wtedy zaczęła płakać. Cholernie głupio mi się zrobiło, że byłam nawet w stanie ją zrozumieć. Próbowałam sobie nawet to przyswoić, lecz coraz bardziej było mi słabo. Jak Robert mógł przede mną wszystko to ukryć. Przecież byliśmy razem. Przecież ufaliśmy sobie. Bo chyba tak było.
- Dziękuje pani za tę rozmowę i za zaufanie - podnosząc się z ławki chciałam udać się do domu, aby kobieta mogła spokojnie przemyśleć wszystko sama, lecz zatrzymała mnie.
- Trzymaj się i życzę Ci jak najlepiej w życiu. Nie zamartwiaj się tylko, że to Twoja wina, bądź szczęśliwa - przytuliła mnie. Tak po prostu objęła mnie swymi ramionami, a ja na tyle zdezorientowana byłam, że odwzajemniłam ten uścisk. Jej słowa na pewno zapadną w mej pamięci na dłużej, aczkolwiek byłam ciekawa jeszcze jeden prostej rzeczy.
- Wie pani może kto - zastygłam. Tak trudno było mi o tym mówić - Komu przeszczepili serce mojego najwspanialszego mężczyzny? - oblizałam usta.
- Niestety nie - westchnęła - nie mogą udzielać takich informacji. - z tą niewiadomą niestety już zostawiłam ją. Sama musiałam wszystko idealnie poukładać. W końcu mi się to należało.
Do domu wracać jeszcze nie chciałam. Wolałam ominąć wyjaśnienia i zbędne pytania. Wolałam brnąć jak najdalej od standardowego pytania " jak się trzymasz? " Tak mogłoby mnie to wykańczać, iż nawet nie chciałabym sobie wyobrażać. Nie chcę tych pocieszeń, współczuć i troski. Nie tego teraz potrzebuję. Potrzebuję Roberta. Czemu wsiadłeś na ten cholerny motor? Załkałam zirytowana własnym postępowaniem, lecz co bym zrobiła gdybym spotkała chłopaka, który otrzymał nowe życie w postaci serca niewinnego chłopaka? Pewnie przeszłabym przy nim obojętnie. A może nie? Nie umiałam tego sprecyzować. Może nawet nie chciałam.
Przechodząc przez ruchliwa ulicę byłam na tyle lekkomyślna, iż nawet się nie obejrzałam czy nic nie nadjeżdża. I tak bardzo się pomyliłam. Tuż z mojej prawej strony jechał z nielichą prędkością samochód, który nawet nie zdążyłby zareagować. Nagle jakby mnie sparaliżowało. Nie umiałam krzyknąć, a co najważniejsze ruszyć się z tego miejsca. To były ułamki sekund jak chłopak zza kierownicy odbił swoją kierownicą w bok. Skończyło się tylko zarysowanym bokiem auta oraz ból w okolicach mojej kostki. Oddychałam nierównomiernie, a facet, który wysiadł z auta automatycznie mnie zbluzgał. Typowy prostak. Który ma rację.
- Jesteś na tyle głupia, by wpadać na tak ruchliwa ulicę? - syknął w moim kierunku. Dopiero teraz dostrzegłam, że wcale nie był starszym mężczyzną. Był mniej więcej w moim wieku, a na dodatek mignęło mi przed oczami, iż gdzieś wcześniej już mogłam go widzieć. Westchnęłam, lecz nie oderwałam wzroku od jego sylwetki. Robiłam to pewnie zbyt natarczywie, lecz moje myśli były ciekaw gdzie mogłam go już wcześniej spotkać. - Pokryjesz naprawę.
- Wydaje mi się, że szłam na pasach, a na dodatek miałam zielone światło - skłamałam, gdyż nawet nie wiedziałam jakie owe światło było, a sądząc po zdarzeniu powinnam poczekać. Po prostu miałam zbyt wiele na głowie, aby jeszcze wdawać się w awanturę z jakimś szczeniakiem. Próbując ruszyć w kierunku pobocza moja kostka zarwała. Ból był niemiłosierny.
- A mi się wydaje, że skręciłaś kostkę - nabrałam powietrza do płuc mając nadzieję, że to wcale nie prawda. Ponownie próbowałam ustać na nogę, lecz ponownie mnie przechytrzyła i gdyby nie reakcja natychmiastowa chłopaka upadłabym jak długa. Wszystko się pieprzy.
- Nie Twój interes, zostaw mi swój numer, skontaktuję się w sprawie Twojego auta i kosztów - westchnęłam, nabierając tyle siły ile potrafiłam, aby zmusić się na odejście stamtąd.
- Na razie może się tym nie martwy, chodź podwiozę Cię - zgodzić się czy nie? Sama nie znałam odpowiedzi na te pytanie, lecz patrząc na to z perspektywy mej kostki odpowiedz była jasna. Nie przeszłabym nawet kilka kroków. Musiałam się zgodzić.
- Nie myśl sobie, że tym odpokutujesz swoją winę - zdezorientowany przyglądał mi się na co przewróciłam oczami - o prawie potrąceniu niewinnej dziewczyny.
- Czy oby na pewno taka niewinna? - oblizał skrupulatnie swoje wargi. Prychnęłam, lecz nie zdołałam odpowiedzieć na tak żałosne pytanie. - Nie mam niczego złego na myśli. - jasne.
- Dzięki, to już tutaj - otworzyłam drzwi od jego auta dotykając zdrową nogą chodnika. Musiałam się jakoś z tego wygramolić - Wpis mi swój numer - rzuciłam mu swój telefon.
- Już chciałabyś się ze mną umówić? - uniósł jedną brew ku górze, a mnie nawet to rozśmieszyło, lecz udałam obojętną. Po prostu przyglądałam się jakby własnie przede mną siedział największy kretyn. Odzyskując swój telefon po raz ostatni na niego spojrzałam.
- Nie wyobrażaj sobie za wiele - fuknęłam - Jeszcze dziś ktoś się z Tobą skontaktuje, aby naprawić Twój wóz - rozejrzała się po wnętrzu - a może nawet go wymienić.
- Nie przesadzaj, kocham go - roześmiał się, a ja tylko przytaknęłam głową. Faceci. - Nie musisz niczego pokrywać, sam to zrobię. - dostrzegłam na jego twarzy zarys uśmiechu, ale nie to było najgorsze. Nie umiałam dojść do domu. Odmówiono mi posłuszeństwa. Kurde.
- Pomóc Ci? - znów przemawia przez Ciebie sumienie? Kiwnęłam przecząco głową dając jasno do zrozumienia, że poradzę sobie sama. W końcu to nic trudnego. Próbując podnieść się z fotel zastygłam. Całe moje ciało wypełnił wulkan bólu i ciepła. - Pomogę Ci - ni stąd ni zowąd znalazł się tuż obok mnie, aby wynieść mnie na rękach do mojego mieszkania. Możesz być mu wdzięczna. Wpisując kod, brama się otworzyła, a chłopak mógł spokojnie zanieść do drzwi, w których niestety stała już moja mama.
- Dziecko najdroższe, co się stało? - spanikowana próbowała przechwycić mnie od obcego mężczyzny. - Powinniśmy jechać na szpital. - jak zwykle przewrażliwiona.
- Przestań, nic mi nie jest - posłałam jej blady uśmiech, aby ustąpiła. - Po prostu nie rozejrzałam się przechodząc przez jezdnię.. - widząc jej wyraz twarzy natychmiast dodałam - Ale nic mi nie jest. Pomógł mi.. - wskazałam ręką na.. No właśnie kim był ten chłopak?
- Michał - uśmiechnął się.
- Właśnie Michał pomógł mi dotrzeć do domu spokojnie - odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu odpuściła, choć może nie do końca.
- Angel, a może w ramach rekompensaty zaprosisz kolegę do środka? - spanikowana spojrzałam na niego, nie chcąc wcale go tutaj gościć. Chyba to dostrzegł.
- Z miłą chęcią, aczkolwiek mam kilka spraw na mieście do załatwienia - wypuściłam powietrze z ust - Ale mogę zaoferować się pomoc w dostarczeniu Cię do pokoju - w sumie nic nie stracę na tym. Skinęłam głową na znak zgody i ściskając go mocniej za szyję pozwoliłam, aby wprowadził mnie w mój świat. Jednak się przydał.
- Jesteś Angel? - zaśmiał się perfidnie - Aniele mój powiedz, czy możesz schować mnie w ramionach? - ponownie to zrobił. Znów się zaśmiał, a ja mimowolnie uderzyłam go w ramię.
- Mam na imię Angelika - syknęłam zirytowana. Najwidoczniej nie byłam fanką jego towarzystwa. - A Ty powinieneś już pójść - spiorunowałam jego sylwetkę wzrokiem, wskazując na drzwi od mojego pokoju. Jesteś niemiła. Być może, aczkolwiek do niczego nie zobowiązana.
- Owszem, masz rację - zawstydzony opuścił mój pokój. Bezbronne maleństwo. Odruchowo spojrzałam przez okno gdzie stał jego samochód. A może byłaś wredna? W końcu Ci pomógł. Czasu nie cofnę. Ale zawsze możesz coś naprawić. Ale nawet nie chce. Zresztą nieważne.
- Skąd znasz Michała? - do pokoju wparował mój starszy brat. Automatycznie westchnęłam. Mamo masz za długi jęzor. - Co robił u nas w domu?
- A to tego mama już Ci nie powiedziała? - zaśmiałam się gorzko na samą myśl, iż teraz będzie wspominać o tym zdarzeniu.
- Nie rozmawiałem nawet z mamą jeszcze - spojrzałam na niego wyczekując jakiejś puenty - Po prostu go znam i tyle. - wzruszył ramionami, a mnie jakby olśniło skąd go znam. Może bywał już u nas. Ale nie. Mama by go poznała. Całkowicie zgłupiałam, a nie powinnam się nad tym trudzić. A może widziałam ich gdzieś na mieście. - Powiesz mi co tutaj robił? - odnosił się tak jakby nie był z tego zadowolony.
- Po prostu mi pomógł - przewróciłam oczami, a Max' owi widocznie wcale się to nie spodobało, a może po prostu wiele mu ta odpowiedź nie dała. Zmusiłam się do opowiedzenia tego wszystkiego jeszcze raz. Co chwila kręcił głową i próbował nie wybuchnąć, lecz ja nawet nie wiedziałam co w tym wszystkim krąży złego. Właściwie było mi to obojętne.
- Trzymaj się od niego z daleka - podsumował na koniec naszej rozmowy i wyszedł. Nie martw się, nawet nie zamierzałam być z nim blisko.
W pokoju przesiedziałam do samego wieczora. Nie odwiedził mnie już nikt. I to nawet lepiej. Miałam chwilę spokoju. Mogłam odpocząć i przez chwilę pomyśleć. A nawet powspominać. Przywołać sytuacje z przed kilku miesięcy, a nawet lat, gdy jeszcze byłam najszczęśliwszą kobietą na tej ziemi. Przeszłość się tak nagle zakleszczyła w mym umyśle. Zdjęcia poszły w ruch jak i wszelkie podarunki od Roberta. Oglądałam dosadnie wszystko. Czytałam nawet listy, które sobie pisaliśmy, gdy byłam na wymianie zagranicznej. Był słodki. Był najlepszy.
Następnego ranka przy śniadaniu wiedziałam jaką kwestie powinnam poruszyć. Naprawa samochodu. Być może nie chciał tego, aczkolwiek w gruncie rzeczy było to z mojej winy. Miałam jakieś tam zasady. Wyjmując komórkę na stół, zapisałam tacie numer jego telefonu.
- Tatko - zaczęłam, choć nie wiedziałam jak to się skończy. A jak ma się skończyć to dla ukochanej córeczki tatusia? - Po wczorajszym wydarzeniu z tym chłopakiem obiecałam, że naprawię jego auto. W końcu to moja wina.
- Tak, matka mi coś tam wspominała, aczkolwiek uważam, że nie była to Twoja wina - posłał mi swój szczery uśmiech - Nie zmienia to faktu, że Ci nie pomogę. Jeszcze dziś chłopacy z salonu to zrobią. Nie martw się - i pocałował mnie w głowę. No tak. Choć miałam już te 21 lat to rodzice nadal byli nadopiekuńczy. Nie potrafiłam tego zmienić.
- A jak Ty się czujesz? - przejęła rozmowę gospodyni domu. W zasadzie opuchlizna z kostki zeszła. Lód nadał się.
- Czasami jeszcze złapie mnie lekki ból, ale jest do zniesienia - uśmiechnęłam się na zachętę. Nie chciałam, aby zaśmiecała sobie tym głowę. Jeszcze na dzisiejszej zmianie nie jeden jeszcze gorszy problem się z nią spotka. Anestezjolog wcale nie ma tak łatwo.
- Gdybyś czegoś potrzebowała natychmiast dzwoń - uśmiechnęła się w moim kierunku zakładając swój płaszcz. Odwzajemniłam jej gest, kiwając głową, iż zrozumiałam. W zasadzie wcale nawet nie będzie mi potrzebna. Poradzę sobie. Przecież nie straciłam nogi. To tylko zwichnięta kostka. Jej przewrażliwienie czasami mnie przeraża, aczkolwiek odetchnąć mogłam, gdy usłyszałam trzask zamykanych drzwi. Natłok pytań na razie mogłam zepchnąć na niższy tor, a troskę wyprosić za drzwi. Biorąc butelkę wody z szafki ruszyłam prosto do swojego pokoju. Na najbliższy czas chciałam się tam po prostu ukryć. To odpowiedni czas. Odpowiednie miejsce.
W sumie nawet nie na długo. Odnaleźli mnie.
Z zastrzykiem energii mój telefon się rozdzwonił. "Tata" Wywróciłam teatralnie swoimi tęczówkami i chcąc nie chcąc musiałam odebrać.
- Córcia zaraz pojawi się u nas w domu mój pracownik, który odbierze auto tego młodzieńca. - czułam, że miał wielką satysfakcję, że mógł mi pomóc. - On również został poinformowany, żeby za moment się tam zjawić. - i się rozłączył. Dzięki tatko na jakiekolwiek osobistości.
A jak na sam dźwięk zerwanego połączenia mogłam usłyszeć dzwonek do drzwi. Michał. Nabrałam ogrom powietrza do płuc, aby móc kontynuować cokolwiek z jakiejkolwiek rozmowy. Nie mogłam ponownie być wredna. Mogłam. Nie musiałam się tym nawet przejmować.
- Musisz chwile - przerwałam, gdy w drzwiach ujrzałam dwóch funkcjonariuszy " zaczekać " przełknęłam nerwowo ślinę mają nadzieję, iż to jakaś pomyłka.
- Pani Angelika Ditiuk? - jeden z nich prześwidrował mnie wzrokiem. Byli w średnim wieku, lecz wiem, iż ucieczka byłaby znikoma. W zasadzie niczego nie zrobiłaś.
- Tak, zgadza się - oddychałam nierównomiernie - W czym mogę pomóc?
- Pójdzie pani z nami. - i jak na same słowa dreszcz nieprzyjemnych fal przemknął po mym ciele. Byłam zdana wyłącznie na siebie. Nawet nie mogłam poinformować rodziców.
_____________________________♦♦♦_________________________
Jest i kolejny rozdział za nami.
Nadal możecie zadawać mi pytania na ASKU
I oczywiście PROSZĘ KOMENTOWAĆ !
Dla Was to tylko chwila, a dla mnie MOTYWACJA !
+ ROZDZIAŁ JESZCZE NIE SPRAWDZANY !
+ ROZDZIAŁ JESZCZE NIE SPRAWDZANY !
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz